World news
Sektor finansowy walczy o pracowników. Coraz ważniejsze stają się kompetencje technologiczne
Travel guides
Tech
Australijscy naukowcy pracują nad wydłużeniem żywotności baterii w smartfonach. Będzie można...
Health
W czasie pandemii zaledwie 40 proc. miejsc parkingowych w biurowcach jest...
Most popular
Blisko połowa sprzedawanych aut używanych jest warta mniej niż 10 tys. zł. Na rynek...
Na rynku wtórnym przeważają transakcje zakupowe o stosunkowo niskiej wartości. 42 proc. mieści się w przedziale 10–29 tys. zł, a kolejne 24 proc. – mniej niż 10 tys. zł – wynika z raportu platformy Bidcar.pl. Wśród sprzedających te proporcje są odwrotne – 44 proc. otrzymało za swoje auto mniej niż 10 tys. zł. To oznacza, że sprzedajemy samochody głównie stare lub w kiepskim stanie technicznym. Takich ogłoszeń może być coraz więcej. Dlatego eksperci zalecają ostrożne zakupy, szczególnie z prywatnych ogłoszeń.
– Większość osób chcących kupić samochód w pierwszej kolejności kieruje się na portale ogłoszeniowe. Z przeprowadzonych przez nas badań wynika, że aż 47 proc. ankietowanych kupiło samochód od osoby prywatnej, której wcześniej nie znali. Co piąta osoba skorzystała z usług pośrednika, komisu samochodowego, natomiast co 10. kupiła od znajomego, członka rodziny, kogoś, kogo zna i miała z nim wcześniej styczność. Mniejszym zainteresowaniem cieszą się dealerstwa samochodowe czy oferty firm leasingowych. Natomiast, co ważne, aż 7 proc. ankietowanych wskazało, że dokonało zakupu samochodu przez internet na platformach, które taką możliwość dają – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Laska, wiceprezes Bidcar.pl, platformy aukcyjnej samochodów używanych.
Jak wskazuje raport „Rynek samochodów używanych w Polsce”, głównym powodem, dla którego wybieramy rynek wtórny, jest niższa cena niż na rynku aut nowych. Mniej więcej co czwarty badany wskazał, że zdecydowała o tym dostępność samochodu od ręki, o co na rynku pierwotnym ostatnio coraz trudniej.
– Największym zainteresowaniem cieszą się samochody w przedziale do 29 tys. zł. Aż 66 proc. ankietowanych wskazało, że na zakup samochodu przeznaczyło kwotę do tej wysokości. Co czwarta osoba przeznaczyła na samochód nawet mniej niż 10 tys. Podobna grupa kupiła samochód w przedziale między 30 a 49 tys. Co 10. transakcja to zakup powyżej 50 tys., a tylko jedna na 100 to zakup samochodu powyżej 100 tys. zł – mówi Mateusz Laska.
Powszechną praktyką są negocjacje cenowe – trzy czwarte badanych przyznaje, że zdołało wytargować lepszą cenę. Wybór tańszych aut jest zwykle podyktowany sytuacją finansową nabywcy. Jednak taki zakup może się okazać skarbonką bez dna. Tym bardziej że 44 proc. badanych sprzedających wskazuje, że otrzymało za swoje auto mniej niż 10 tys. zł, co może świadczyć o złym stanie technicznym tych pojazdów.
– Kierowcy niechętnie teraz wymieniają samochody ze względu na utrudniony dostęp do nich, zarówno używanych, jak i nowych aut, przez co eksploatują je do momentu, kiedy rzeczywiście dalsza naprawa nie ma już sensu, nie mają na to czasu i ochoty ciągle zaprowadzać ten samochód do mechanika. Dane, które podaje Instytut SAMAR na temat samochodów sprowadzanych, jednoznacznie wskazują, że importujemy coraz starsze auta. Średni wiek to 13 lat, więc możemy się spodziewać, że w kolejnych miesiącach na rynku będzie bardzo dużo samochodów w gorszej kondycji – mówi ekspert.
To oznacza szereg wyzwań dla potencjalnych kupujących. Z raportu „Rynek samochodów używanych w Polsce” wynika, że 77 proc. badanych jako największe zagrożenie postrzega ukryte (celowo bądź nie) wady samochodu. Dla 68 proc. jest nim niepełna wiedza na temat wypadków i awarii danego auta. Co trzeci przyznaje, że obawia się aut pochodzących z kradzieży.
– Ludzie przede wszystkim obawiają się tego, że niedokładnie zweryfikują stan techniczny samochodu, nie będą mieli fachowej wiedzy, aby rzetelnie ocenić, w jakiej kondycji jest auto. Dlatego na tym należy skupić swoją szczególną uwagę. Jeżeli rzeczywiście nie znamy się na samochodach, warto tę czynność przekazać niezależnym rzeczoznawcom, którzy będą mogli zweryfikować stan techniczny, albo skorzystać z platformy aukcyjnej samochodów używanych – mówi wiceprezes Bidcar.pl.
Tym bardziej że blisko połowa zakupionych samochodów używanych miała wady ukryte. W co 10. aucie były one poważne. Mimo to Polaków trudno zniechęcić do rynku wtórnego. Zdecydowana większość nabywców deklaruje, że zakupione na rynku wtórnym auto spełniło ich oczekiwania. Może o tym świadczyć fakt, że tylko 6 proc. zapowiada, iż nie zdecyduje się na taki zakup ponownie.
Jak podkreśla ekspert, jest wiele działań, które można podjąć, by wybór używanego auta był pewniejszy. Warto wcześniej sprawdzić ogłoszenia na wielu portalach ogłoszeniowych i aukcjach internetowych, porównać i zweryfikować u specjalistów ceny wystawionych aut. Na platformie Bidcar wraz z ogłoszeniem są udostępniane niezależne raporty rzeczoznawców, którzy robią inspekcję pojazdu z użyciem specjalnej aplikacji mobilnej. Zapoznanie się z raportem, do którego dołączone są też zdjęcia, może zastąpić samodzielne sprawdzanie auta, co też skraca proces zakupu i ogranicza koszty związane z oglądaniem samochodów w odległych miejscowościach. Te dwa czynniki były wymieniane jako uciążliwe przez odpowiednio 14 proc. i 37 proc. ankietowanych. Opinia rzeczoznawcy może być także sygnałem, że cena samochodu nie jest życzeniową ofertą sprzedającego, tylko urealnioną wartością, odpowiadającą stanowi technicznemu.
– Podczas zakupu samochodu nie kierujmy się emocjami, jest to najgorszy doradca w całym procesie. Ważne, abyśmy dokładnie zweryfikowali historię pojazdu. Aktualny stan techniczny to jest jedna sprawa, ale przeszłość samochodu to odrębny punkt, na którym powinniśmy się skupić. Mamy dostępne bezpłatne źródła, serwis HistoriaPojazdu.gov.pl, gdzie możemy uzyskać dodatkowe informacje na temat choćby przebiegu pojazdu. W internecie są również miejsca, w których możemy uzyskać odpłatnie dodatkowe informacje, np. pod kątem szkód zgłoszonych do towarzystw ubezpieczeniowych na danym samochodzie – radzi Mateusz Laska. – Weryfikujmy datę publikacji ogłoszenia. Jeżeli kupujemy w sezonie wiosennym, a na zdjęciach jeszcze widzimy resztki śniegu, to może znaczyć, że z samochodem jest coś nie tak. W tym czasie duże grono potencjalnych kupujących już odwiedziło tego sprzedającego i zweryfikowało stan pojazdu.
W Polsce brakuje już kilkunastu tysięcy specjalistów od cyberbezpieczeństwa. Zapotrzebowanie na ich kompetencje będzie...
Kompetencje związane z cyberbezpieczeństwem to obecnie najbardziej poszukiwane umiejętności technologiczne, zwłaszcza w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, a luka kompetencyjna w tym obszarze dodatkowo się nasiliła po agresji Rosji na Ukrainę – wynika z raportu opublikowanego przez Polską Izbę Informatyki i Telekomunikacji. Wynika z niego, że w Polsce już w tej chwili brakuje ponad 10 tys. specjalistów z zakresu cyberbezpieczeństwa. A w najbliższym czasie zapotrzebowanie na nich będzie gwałtownie rosnąć m.in. w związku z wdrożeniem dyrektywy NIS2. Znacząco rośnie też popyt na kompetencje związane ze sztuczną inteligencją, 5G, internetem rzeczy czy analityką danych. Brak specjalistów w tych dziedzinach ogranicza zdolność firm do rozwoju i wdrażania innowacji, dlatego eksperci wskazują na pilną potrzebę niwelowania luk kompetencyjnych.
– Mówiąc o kadrach z branży teleinformatyki i telekomunikacji, możemy się pochwalić poziomem kształcenia, który jest w Polsce realizowany. Swoje centra badawcze i rozwojowe w Polsce założyły największe światowe korporacje, jak chociażby Samsung, Ericsson czy Nokia, a oprogramowanie i najnowsze technologie związane z 5G powstają właśnie w Polsce, oczywiście w ramach międzynarodowej współpracy. Polska kadra R&D współpracuje m.in. ze Stanami Zjednoczonymi i Azją, jednak kiedy porównujemy naszych inżynierów z inżynierami w innych regionach geograficznych, to widzimy, że ich kompetencje, jeśli nie są wyższe, to przynajmniej są równe, na najwyższym światowym poziomie. Tym, co nas wyróżnia i dlaczego jesteśmy konkurencyjni w porównaniu na przykład ze Stanami, jest ciągle koszt pracownika. Natomiast tu nie chodzi o to, żeby było drożej albo taniej, tu chodzi o efektywność – mówi agencji Newseria Biznes dr inż. Andrzej Dulka, prezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji.
Według opublikowanego przez Komisję Europejską indeksu gospodarki cyfrowej i społeczeństwa cyfrowego (DESI Index 2022) w zakresie integracji technologii cyfrowych Polska wciąż zajmuje dopiero 24. miejsce wśród państw UE. Dlatego najważniejszym wyzwaniem na kolejne lata będzie nowoczesny rozwój cyfrowej gospodarki oparty na innowacyjnych technologiach z zakresu sztucznej inteligencji, cyberbezpieczeństwa, internetu rzeczy, chmury obliczeniowej czy ekosystemu 5G, które mogą stanowić nowy motor wzrostu gospodarczego. Wymaga to jednak dostępności wykształconych kadr. Tymczasem w Polsce – mimo wysokich kompetencji – wciąż jest ich za mało.
Jak pokazuje raport opublikowany przez Polską Izbę Informatyki i Telekomunikacji (PIIT), zatrudnianie doświadczonych specjalistów technologicznych i utrzymanie aktualnych pul kompetencji w organizacjach stanowiło w 2022 roku poważne wyzwanie zarówno dla dostawców, jak i odbiorców technologii. Z powodu braku odpowiednich kompetencji technologicznych projekty cyfrowej transformacji w europejskich organizacjach były opóźnione średnio o ponad osiem miesięcy. Według badań IDC aż 53 proc. organizacji w Europie i 33 proc. w Polsce miało w ubiegłym roku problem z obsadzeniem wolnych stanowisk technologicznych. Najbardziej poszukiwane obecnie kompetencje technologiczne, zwłaszcza w regionie Europy Środkowo-Wschodniej (CEE), są związane z obszarem cyberbezpieczeństwa.
– Niedobór kompetencji w zakresie cyberbezpieczeństwa grozi problemami w eksploatacji systemów informatycznych. Jeżeli nie zapewnimy odpowiedniego poziomu cyberbezpieczeństwa tych systemów, to ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej czy świadczenia usług publicznych będzie zdecydowanie nieakceptowalne. Firmy mogą stracić wszystkie swoje dane, od których zależy ich przyszłość biznesowa – mówi Wiesław Paluszyński, prezes Polskiego Towarzystwa Informatycznego, przewodniczący Sektorowej Rady ds. Kompetencji Telekomunikacja i Cyberbezpieczeństwo.
Jak wynika z raportu PIIT, w Polsce niedobór wszystkich ekspertów IT sięga 50 tys., a wśród nich nawet 20 proc. mogą stanowić osoby zajmujące się cyberbezpieczeństwem.
– Cyberbezpieczeństwo wymaga horyzontalnych umiejętności. Do tego, żeby móc funkcjonować w tym obszarze, trzeba mieć umiejętności poznawcze, miękkie, jak i kompetencje techniczne, żeby umieć rozpoznać zagrożenia od strony technologicznej – mówi Wiesław Paluszyński. – W tej chwili na części polskich uczelni na studiach podyplomowych kształci się specjalistów w zakresie cyberbezpieczeństwa, ale to jest kropla w morzu potrzeb. W tym roku, kiedy do polskiego prawa wejdzie dyrektywa NIS2, to zapotrzebowanie na specjalistów w zakresie cyberbezpieczeństwa wzrośnie w postępie geometrycznym. Tu mamy kompetencyjnie ogromne wyzwanie.
Dyrektywa w sprawie środków na rzecz wysokiego wspólnego poziomu cyberbezpieczeństwa w całej Unii Europejskiej, czyli NIS2, to jedna z najważniejszych regulacji, która zacznie wkrótce obowiązywać na poziomie europejskim i krajowym. Szacuje się, że w związku z jej implementacją w Polsce kilka tysięcy firm zostanie objętych nowymi obowiązkami. Poza tym powstają też nowe regulacje w zakresie odporności cyfrowej kierowane do konkretnych sektorów. Przykładem jest rozporządzenie w sprawie operacyjnej odporności cyfrowej sektora finansowego (DORA), które ma wyznaczyć europejski standard dla sektora finansowego w zakresie cyfrowej odporności.
Te nowe regulacje oznaczają, że – oprócz oprogramowania i sprzętu – polskie organizacje będą w najbliższym czasie potrzebować kompleksowych usług bezpieczeństwa, które zagwarantują ciągłość ich działalności i zgodność z przepisami UE. Firma doradcza IDC prognozuje, że średnioroczne tempo wzrostu (CAGR) polskiego rynku usług cyberbezpieczeństwa będzie w latach 2023–2027 na poziomie 12,5 proc.
– Zwiększenie liczby specjalistów w obszarze cyberbezpieczeństwa jest trudnym zagadnieniem, ponieważ ta dziedzina bardzo szybko się rozwija, następują szybkie zmiany technologiczne, za którymi trudno na bieżąco nadążyć. Dlatego działamy na rzecz tego, aby szkoły i uczelnie nawiązywały współpracę z biznesem, żeby jak najlepiej przygotować absolwentów – zarówno szkół branżowych, jak i uczelni – do wejścia na ten rynek pracy – mówi Beata Ostrowska, wiceprzewodnicząca Sektorowej Rady ds. Kompetencji Telekomunikacja i Cyberbezpieczeństwo.
Eksperci wskazują także na luki kompetencyjne w sferze sztucznej inteligencji. To technologia, która wpływa na biznes z niemal każdej branży i w której wielu menedżerów upatruje szansy m.in. na automatyzację procesów, możliwości wdrożenia nowych modeli biznesowych i zbudowanie przewagi konkurencyjnej. Wciąż jednak niewielu pracowników ma niezbędne umiejętności do wdrażania i pracy z takimi systemami. Pomimo wielu inicjatyw mających na celu poprawę kształcenia wciąż odczuwalny jest brak specjalistów, który ogranicza zdolność firm do inwestowania w tę technologię.
– Tutaj potrzebne są kompetencje w zakresie zapewnienia jakości danych, które później nauczą tę sztuczną inteligencję zachowań, które są dla nas pożądane. A jeżeli zrobimy to źle, te zachowania będą niepożądane i wtedy będziemy mieć problem. I to pokazuje, że luka kompetencyjna w obszarze sztucznej inteligencji jest dość istotna – mówi Wiesław Paluszyński.
Z przeprowadzonego na początku roku badania „Wpływ trendów rozwojowych nowych technologii na potrzeby kompetencyjne sektora IT” Sektorowej Rady ds. Kompetencji – Informatyka i firmy Antal wynika, że zdaniem 85 proc. respondentów (przedstawicieli firm informatycznych i działów IT firm nieinformatycznych) w związku z rozwojem sztucznej inteligencji w dużej mierze potrzebne będą nowe kompetencje. Badani menedżerowie najczęściej wskazywali machine learning (68 proc.), Python (61 proc.) oraz doświadczenie w pracy z bibliotekami data science i sztucznej inteligencji (56 proc.). Jednocześnie 65 proc. badanych ogółem (w tym 80 proc. menedżerów z sektora IT) oceniło, że dotychczas cenione na rynku kompetencje nie stracą na znaczeniu, a zmieni się jedynie zakres ich stosowania. Jako kwalifikacje, które mogą stracić na znaczeniu, najczęściej wskazywano utrzymanie i prowadzenie dokumentacji (22 proc.) oraz kompetencje w zakresie pracy w środowiskach programistycznych (19 proc.).
– To jest obszar, którego nie uczyliśmy absolwentów na studiach, tę wiedzę trzeba nabyć w bieżącym działaniu. I to jest dziś problem – nie tylko, żeby samemu chcieć się tego nauczyć, ale i znaleźć nauczycieli, którzy będą potrafili odpowiednio przekazać te kompetencje – ocenia prezes PTI.
– Powinniśmy zacząć się skupiać na kompetencjach cyfrowych, a w edukacji powinny się pojawić chociażby elementy związane ze sztuczną inteligencją czy uczeniem maszynowym, aby młodzi nie zostawali w tyle – mówi dr Dawid Dymkowski, ekspert Instytutu Badań Edukacyjnych.
– Jeśli chodzi o programy nauczania w szkołach branżowych i na uczelniach, to wyzwaniem jest przede wszystkim to, że im trudno jest wprowadzać zmiany na bieżąco. Szkoły mogą to robić tylko poprzez współpracę z firmami technologicznymi, które – organizując dodatkowe zajęcia – mogą wtedy wprowadzać nowinki technologiczne do programu nauczania i dzięki temu uczniowie i studenci mają dostęp do najnowszych rozwiązań – dodaje Beata Ostrowska.
Eksperci wskazują, że bez długoterminowych i wielowymiarowych rozwiązań problem luki kompetencyjnej będzie się pogłębiać. Dlatego firmy technologiczne powinny współpracować z rządem, uniwersytetami i organizacjami komercyjnymi w celu tworzenia programów, które umożliwią realizowanie działań edukacyjnych pozwalających na stałe podnoszenie odpowiednich kompetencji, a także przyciąganie nowych pracowników do branży IT.
– Wiele rzeczy się dzieje, mamy dużo dobrych przykładów. Uczelnie pytają, jakich specjalistów biznes potrzebuje, jakie kompetencje są potrzebne. Z drugiej strony biznes – w ramach różnych inicjatyw organizowanych we współpracy z uniwersytetami i politechnikami – spotyka się ze studentami i mówi, czego oczekuje, co dobrze wiedzieć w pierwszych dniach po wejściu do firmy, jakie kompetencje są potrzebne, jak się zaangażować w działania firmy. Biznes bardzo wysoko ocenia tę współpracę, podobnie jak naszą kadrę inżynierską, bo w zasadzie wielu z tych studentów już w czasie studiów zaczyna pracować w biznesie – mówi dr inż. Andrzej Dulka.
Jak zauważa ekspert Instytutu Badań Edukacyjnych, dużą rolę w koordynowaniu tej współpracy między nauką i biznesem oraz wypełnianiu luki kompetencyjnej w branży technologicznej i telekomunikacyjnej odgrywa Sektorowa Rada ds. Kompetencji Telekomunikacja i Cyberbezpieczeństwo.
– Sektorowe Rady Kompetencji pełnią istotną rolę w kontekście kształtowania kompetencji, które są istotne dla przedsiębiorców na rynku pracy. Współpracują z biznesem, definiują te kompetencje, które na ten moment są najbardziej istotne, i starają się współpracować z edukacją w taki sposób, aby potencjalni przyszli pracownicy posiadali umiejętności, które odpowiedzą na potrzeby tego rynku – mówi dr Dawid Dymkowski.
O wyzwaniach związanych z luką kompetencyjną oraz roli współpracy między nauką i biznesem w tym obszarze rozmawiali eksperci podczas VIII Forum Współpracy Edukacji i Biznesu – EDUMIXER. Konferencja, organizowana przez Polską Izbę Informatyki i Telekomunikacji we współpracy z Polskim Towarzystwem Informatycznym w ramach Sektorowej Rady ds. Kompetencji Telekomunikacja i Cyberbezpieczeństwo, odbyła się 30 października w Centrum Prasowym Newseria.
Rozszerzona rzeczywistość usprawni pracę i szkolenie lekarzy. W przyszłości będzie wykorzystywana także w podstawowej...
Branża HR przechodzi technologiczną rewolucję. Personalizacja ofert i sztuczna inteligencja pozwolą szybciej i skuteczniej...
Sport news
Rosnąca liczba elektryków na drogach wymaga nowych wytycznych dotyczących bezpieczeństwa. Wyzwaniem są m.in. sposób...
Na koniec stycznia br. w Polsce było zarejestrowanych już łącznie 67,1 tys. pojazdów z napędem elektrycznym, ale ich liczba szybko wzrasta i – jak szacuje PSPA – w 2025 roku sprzedaż samochodów zeroemisyjnych przekroczy już poziom 100 tys. sztuk rocznie. Ponieważ jednak wciąż są one jeszcze nowością na rynku, postępowania z nimi uczą się zarówno ich użytkownicy, jak i odpowiednie służby, w tym straż pożarna. Kwestie gaszenia pożarów elektryków stają się tematem odpowiednich wytycznych. Statystyki pokazują, że do takich zdarzeń dochodzi ekstremalnie rzadko, w ubiegłym roku było ich zaledwie 10 na blisko 30 tys. aut.
– Największe ryzyka związane z użytkowaniem pojazdów elektrycznych dotyczą sytuacji, w których dochodzi do ich uszkodzenia. Przykładowo w trakcie kolizji drogowej może dojść do uszkodzenia ogniw baterii i to jest sytuacja bardzo niebezpieczna, która nie musi nawet wystąpić od razu. Dopiero po jakimś czasie może wystąpić problem techniczny, doprowadzający do incydentu pożarowego – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Wiśniewski, prezes Polskiego Towarzystwa Ekspertów Dochodzeń Popożarowych i ekspert Crawford Polska. – Kolejnym takim momentem jest ładowanie, kiedy stosowane są niewłaściwe gniazda podłączeniowe albo przedłużacze. Użytkownik może np. zastosować jakieś przedłużenie przewodu przy ładowaniu domowym i wtedy mogą pojawić się problemy.
Jak pokazuje uruchomiony przez PSPA i PZPM „Licznik Elektromobilności”, na koniec stycznia br. w Polsce było zarejestrowanych łącznie 67,1 tys. pojazdów z napędem elektrycznym, w tym 63,7 tys. osobowych oraz blisko 3,4 tys. dostawczych i ciężarowych. Tylko w pierwszym miesiącu tego roku ich liczba zwiększyła się o 2376 sztuk, czyli o 56 proc. więcej względem analogicznego okresu 2022 roku. Nieco ponad połowę floty osobowych elektryków stanowią auta w pełni elektryczne (BEV).
Pojazdy z napędem elektrycznym mają inną budowę niż te z tradycyjnym napędem. BEV nie mają silnika benzynowego lub diesla, mają za to akumulator trakcyjny, zbudowany z ogniw litowo-jonowych (Li-Ion). Tak jak benzyna lub olej napędowy w silniku są główną przyczyną pożarów pojazdów konwencjonalnych, tak w samochodach elektrycznych może stać się nią akumulator.
– Trzeba pamiętać, że są to tylko urządzenia i one mogą ulegać jakimś zjawiskom samoczynnym. Na przykład uszkodzenie dielektryka w ogniwie baterii również może samoistnie doprowadzić do takiego zdarzenia – mówi Tomasz Wiśniewski. – Największą liczbę pożarów pojazdów mamy w wyniku działania umyślnego, czyli podpaleń, których jest w kraju bardzo dużo.
Jak pokazuje raport opracowany przez Centrum Badań i Analiz PSPA, samozapłony akumulatora pojazdu elektrycznego to jednak sytuacje ekstremalnie rzadkie, do których mogą się przyczynić skrajne czynniki zewnętrzne (np. długotrwałe podtopienie samochodu po silnej burzy, co może doprowadzić do zwarcia w wyniku wycieku wody do akumulatora). Rzadkie są też sytuacje, kiedy do pożaru elektryka dochodzi w toku ładowania, co – podobnie jak w przypadku innych urządzeń elektrycznych mających akumulatory litowo-jonowe, np. smartfonów – zwykle jest efektem niezabezpieczonych albo wadliwych kabli bądź stacji ładowania. W celu zapewnienia bezpieczeństwa podczas ładowania w samochodzie elektrycznym jest cały wachlarz rozwiązań, jak np. układ chłodzenia akumulatora, sterownik nadzorujący proces ładowania, czujniki temperatury i upływu prądu oraz specjalny system blokad, który powoduje, że prąd może przepływać tylko po potwierdzeniu prawidłowego podłączenia wtyczki ładowania.
Przytaczane w raporcie PSPA wyniki projektu Dekra oraz crash-testy niezależnej organizacji Euro NCAP wykazały również, że pożar akumulatora jest zjawiskiem rzadkim nawet w przypadku ekstremalnych kolizji drogowych. Nowoczesna konstrukcja ogniw litowo-jonowych, jak i samych samochodów elektrycznych powoduje bowiem, że w większości tego rodzaju zdarzeń nie dojdzie do uszkodzenia akumulatora.
– Wystąpienie pożaru w pojeździe elektrycznym w obszarze innym niż sama bateria trakcyjna nie jest natomiast tak niebezpieczne. Wówczas przebieg pożaru jest taki sam jak w każdym innym pojeździe, choć trzeba pamiętać, że przy dłuższym oddziaływaniu wysokiej temperatury na baterię może dochodzić do zjawisk dość ekstremalnych – mówi prezes Polskiego Towarzystwa Ekspertów Dochodzeń Popożarowych.
Statystyki Państwowej Straży Pożarnej, udostępnione serwisowi Autokult, pokazują, że pożary elektryków są jak na razie zjawiskiem bardzo rzadkim. W 2022 roku w Polsce było zaledwie 10 takich incydentów, co przy ogólnej liczbie takich aut (niecałe 30 tys.) oznacza, że współczynnik pożaru na 100 samochodów wynosi 0,03, prawie tyle samo co w przypadku samochodów spalinowych (0,04). W ubiegłym roku paliły się one blisko 8,4 tys. raza, ale ich ogólna liczba to ok. 20 mln.
– Niebezpieczeństwa w czasie pożaru samochodu elektrycznego potrafią być jednak dość spektakularne, ponieważ bateria pali się gwałtownie, puchnie w wyniku działania temperatury i może dojść do jej rozsadzenia – mówi Tomasz Wiśniewski. – Wewnątrz baterii zachodzą też różnego rodzaju procesy chemiczne. Dlatego służby ratownicze, które przyjeżdżają do gaszenia takiego pożaru, muszą zużyć w tym celu ogromne ilości wody, a potem nadzorować ten pojazd podczas transportu w bezpieczne miejsce, ponieważ w każdej chwili może nastąpić nawrót pożaru.
W celu stłumienia pożaru samochodu elektrycznego podstawowym zadaniem jest obniżenie temperatury akumulatora, która wzrasta w niekontrolowany sposób. Jednak dostęp do niego jest ograniczony, ponieważ większość akumulatorów w elektrykach jest uszczelniona, żeby zapobiec przedostawaniu się do nich wody, pyłu i zapewnić ochronę przed wpływem czynników zewnętrznych. Dlatego też zewnętrzne zastosowanie wody wpływa tylko na widzialne płomienie, a samo zduszenie ich nie wystarczy. Właściwa energia pochodzi bowiem ze środka akumulatora, a ogień rozprzestrzenia się tam jak efekt domina – z komory do komory. W takich przypadkach pomaga tylko bezustanne chłodzenie, co wymaga znacznej ilości wody. Według danych przytaczanych przez PSPA w przypadku pożaru samochodu elektrycznego trzeba zastosować – w zależności od rozmiaru i umiejscowienia akumulatora – nawet ponad 10 tys. l.
– Ugaszenie pojazdu elektrycznego może być wyzwaniem dla służb ratowniczych, ponieważ wymaga bardzo dużej ilości środka gaśniczego. W tej chwili jest to po prostu woda. Jednak trzeba też mieć świadomość zjawisk, które zachodzą w baterii. Samo utopienie pojazdu w wodzie i tak będzie skutkowało tym, że pod wodą ta bateria będzie się dalej spalać z uwagi na wytwarzanie substancji utleniających – podkreśla ekspert. – Trzeba również pamiętać, że ta duża ilość wody musi gdzieś spływać i jest ona w pewien sposób również zanieczyszczona, przez co stanowi odpad, który może powodować zagrożenie dla środowiska.
Jak wskazują w raporcie analitycy PSPA, samochody elektryczne są jeszcze nowością na rynku i dlatego na razie postępowania z nimi uczą się zarówno ich użytkownicy, jak i odpowiednie służby, w tym straż pożarna. Kwestie gaszenia pożarów BEV stają się tematem odpowiednich wytycznych.
– W przypadku pożarów pojazdów elektrycznych dużym wyzwaniem dla służb ratowniczych będą działania szkoleniowe. Dobrze wyszkolony strażak, który ma sobie poradzić z takim zdarzeniem, nie może się opierać wyłącznie na szkoleniu wirtualnym. To są zdarzenia, które muszą zostać wyćwiczone w symulowanych sytuacjach, ale na żywym organizmie. Potrzebna jest współpraca z producentami takich pojazdów i dostępność czy to samych baterii trakcyjnych, czy też całych pojazdów, aby je można było i spalić, i wypracować metodę gaszenia, zastosowania określonych środków gaśniczych. To trzeba doskonalić przez cały czas – mówi Tomasz Wiśniewski.
Druga kwestia to warunki techniczno-budowlane.
– Miejsca postojowe tych pojazdów, czyli np. garaże podziemne w galeriach handlowych czy na osiedlach, nie są dziś przystosowane pod kątem bezpieczeństwa. Pożar takiego samochodu może spowodować cały szereg uszkodzeń wtórnych i szkoda będzie narastała, ponieważ gaszenie tego pożaru będzie trwało bardzo długo. Trzeba więc dopracować również rozwiązania techniczne w budynkach, które będą je w sposób samoczynny bronić – mówi ekspert Crawford Polska
To istotne o tyle, że w przyszłości – chociażby ze względu na unijne przepisy, które od 2035 roku będą zakazywać sprzedaży nowych samochodów spalinowych – elektryki staną się na drogach standardem. Według prognoz zawartych w „Polish EV Outlook 2022” w 2025 roku sprzedaż samochodów zeroemisyjnych w Polsce przekroczy poziom 100 tys. sztuk rocznie.
Polska uzależniona od leków z importu. To zagrożenie dla bezpieczeństwa lekowego kraju
Nowelizacja ustawy o podatku od towarów i usług podpisana przez prezydenta. SLIM VAT uprości...
Rynek stomatologiczny odbił po pandemii. W nadchodzących latach czeka go szybki rozwój
Po chwilowym zachwianiu wywołanym pandemią polski rynek stomatologiczny znów dynamicznie się rozwija, a według prognoz PMR w 2024 roku jego wartość sięgnie 16 mld zł. To jednak wciąż tylko ułamek wartości rynku stomatologicznego w Niemczech, największego w Europie, wycenianego na ok. 30 mld euro, co pokazuje, że ten rodzimy nadal ma przed sobą ogromny potencjał rozwoju. W najbliższych latach będzie go napędzać m.in. postępujące starzenie się społeczeństwa i zyskujący na znaczeniu trend, jakim jest wzrost popularności wzorców zdrowego i ładnego uzębienia, które staje się jednym z wyznaczników statusu społecznego.
– Zapotrzebowanie na usługi stomatologiczne w Polsce rośnie, zmienia się też jego struktura. Ludzie są coraz bardziej świadomi potrzeby zdrowia jamy ustnej i tego, że ono wpływa na zdrowie całego organizmu. Jednocześnie powoduje, że lepiej wyglądamy, mamy piękniejszy uśmiech, prostsze zęby, nie widać ubytków. To wszystko zaczyna mieć dla ludzi bardzo duże znaczenie – mówi agencji Newseria Biznes Daniel Petryczkiewicz, dyrektor rozwoju LUX MED Stomatologia.
Rynek usług stomatologicznych w Polsce jest jednym z najszybciej rosnących w Europie – głównie dlatego, że zdominowany jest przez podmioty prywatne. W 2023 roku NFZ przeznaczy na stomatologię nieco ponad 2,8 mld zł – to o 16,8 proc. więcej niż rok wcześniej, ale wciąż poniżej 2 proc. całkowitego budżetu funduszu. Jak podaje infodent24.pl, w tym samym czasie pacjenci wyłożą na leczenie z własnej kieszeni ok. 12–13 mld zł. To właśnie postępujące od lat niedoinwestowanie spowodowało, że publiczna stomatologia nie jest obecnie żadną alternatywną wobec prywatnej. A ta wdraża coraz nowocześniejsze technologie i rozwija się bardzo dynamicznie, do czego przyczynia się m.in. coraz bardziej postępujące starzenie się społeczeństwa.
– Współczesne społeczeństwo się starzeje, co powoduje, że traci zęby i tutaj mamy problem. Mamy wysportowanych, sprawnych ludzi, którzy skończyli 60–70 lat i mają problemy z zębami. U takich pacjentów wspaniale zdaje egzamin leczenie implantologiczno-protetyczne. Nie mają potrzeby czekać na nowe zęby, bo w dniu zabiegu implantologicznego mogą otrzymać pełne łuki zębowe i jeszcze w tym samym dniu wyjść z uśmiechem – mówi Agnieszka Sicińska, lekarz implantolog LUX MED Stomatologia. – Są też pacjenci, którzy przeszli różne zakręty życiowe, mieli różne problemy, i im również jesteśmy w stanie pomóc za pomocą leczenia implantologiczno-protetycznego tak, żeby w ciągu jednego dnia byli w stanie wyjść z gabinetu z uśmiechem.
Według firmy analitycznej PMR polski rynek stomatologiczny – rozumiany jako wartość sprzedaży usług stomatologii zachowawczej, ortodoncji i protetyki z implantologią – jeszcze w 2018 roku był wart 10,5 mld zł (segment publiczny i prywatny). Pandemia nieco nim zachwiała – w 2020 roku ta wartość spadła do 8,6 mld zł, ponieważ część placówek działała w tym czasie jedynie w trybie interwencyjnym i ograniczyła przyjmowanie pacjentów do przypadków pilnych. Kolejny rok przyniósł już silne odbicie. Jak podaje PMR, w pierwszej połowie 2021 roku doszło do znacznego wzrostu popytu i odsetka korzystających z poszczególnych usług stomatologicznych. W przypadku niektórych usług ten odsetek był taki sam jak w całym poprzednim roku. Kluczowym wyzwaniem dla rynku jest kwestia wzrostu cen.
– Stopniowo, pomimo trudnej obecnie sytuacji gospodarczej, rośnie zamożność polskiego społeczeństwa, w związku z czym rośnie też liczba zabiegów np. implantologicznych, protetycznych, różnego rodzaju dużych prac odbudowujących cały uśmiech, zabiegów ortodontycznych i wszystkich zabiegów projektowanych cyfrowo. To jest bardzo duża zmiana, jest tego coraz więcej – mówi Daniel Petryczkiewicz. – Ludzie w coraz większym stopniu dbają o higienizację i profilaktykę, o czyste zęby, które są podkładem pod kolejne zabiegi. A nie da się ich wykonać bez podstawowego zadbania o uzębienie.
Według analityków PMR rozwój polskiego rynku stomatologicznego w nadchodzących latach będzie napędzać m.in. zyskujący na znaczeniu trend, jakim jest wzrost popularności wzorców zdrowego i ładnego uzębienia, które staje się jednym z wyznaczników statusu społecznego. To właśnie estetyka jest główną przyczyną noszenia aparatów ortodontycznych, a w ostatnich latach zauważalne jest duże zainteresowanie świadczeniami z tego zakresu (w 2020 roku z usług ortodontycznych skorzystało 14 proc. z grupy ponad 1 tys. ankietowanych Polaków), które odbywają się dziś przy wykorzystaniu coraz nowocześniejszych technik. Przykładem jest tu chociażby możliwość cyfrowego zaprojektowania swojego uśmiechu po zakończeniu leczenia.
– Odbywa się to w ten sposób, że wnętrze jamy ustnej, zęby i dziąsła są skanowane za pomocą skanera cyfrowego i potem na monitorze można zaprojektować to, jak one będą wyglądały po odtworzeniu, dołożeniu implantów czy wyprostowaniu za pomocą aparatu ortodontycznego. Dziś na rynku są już dostępne takie przezroczyste, których nie widać – tłumaczy dyrektor rozwoju LUX MED Stomatologia.
Jak zauważa, aktualne trendy na polskim rynku stomatologicznym są niejako powtórzeniem tego, co wcześniej przez długie lata można było zaobserwować na bardziej rozwiniętych rynkach na zachodzie Europy, szczególnie w Hiszpanii i we Włoszech.
– One dotyczą głównie zabiegów związanych z implantologią i uzupełnianiem uzębienia. To się mocno zadomowiło i ten obszar rośnie. Do tego protetyka, czyli odbudowywanie na tych implantach uzębienia. Natomiast najbardziej dynamicznym obszarem stomatologii, który najszybciej rozwija się w ostatnich latach, jest właśnie ortodoncja, zwłaszcza cyfrowa, czyli tzw. aparaty nakładkowe, które są projektowane cyfrowo i niewidoczne przy noszeniu – mówi Daniel Petryczkiewicz.
Podobnie jak w innych krajach Europy trendem na polskim rynku jest też postępująca konsolidacja, która umożliwia budowanie dużej i silnej marki, budzącej zaufanie klientów. Tą drogą podąża też spółka LUX MED Stomatologia, która od kilku lat odnotowuje w Polsce wyraźny i dynamiczny rozwój napędzany przez inwestycje i akwizycje.
– To nasza linia biznesowa, która się wyjątkowo dynamicznie rozwija, i nie ukrywam, że jest dla nas jednym ze strategicznych obszarów – mówi Anna Rulkiewicz, prezes zarządu Grupy LUX MED. – Nowe placówki zamierzamy otwierać przede wszystkim organicznie, chcemy budować zespół w naszym koncepcie, ale nie uciekamy też przed akwizycjami, jeżeli one będą pasowały do naszego rozwoju. Strategia zakłada kilka nowych placówek w skali roku, nie tylko w największych miastach. Podobnie jak wcześniej z placówkami ambulatoryjnymi chcemy wchodzić też do tych nieco mniejszych, jak np. Gdynia.
Strategia LUX MED Stomatologia to odpowiedź na zauważalne w ostatnich latach zmiany w oczekiwaniach klientów i pacjentów, którzy szukają usług coraz wyższej jakości. Zwracają uwagę m.in. na to, czy gabinet stomatologiczny ma odpowiednie zaplecze i kompleksowy zakres usług, czy jest przyjazny i komfortowy. Szukają też leczenia wieloprofilowego, co oznacza, że chcą przyjść do jednego gabinetu i rozwiązać w nim wszystkie swoje potrzeby stomatologiczne.
– Nasza strategia obejmuje stomatologię od zachowawczej po wysokospecjalistyczną, poprzez m.in. budowę cyfrowych planów leczenia w ortodoncji, implantologii czy protetyce. To jest cały pakiet wszystkich możliwych usług. Natomiast podstawą naszego rozwoju są zarówno pacjenci abonamentowi, którzy dokupują sobie plany leczenia, jak i ci, którzy przychodzą do nas po raz pierwszy – mówi Anna Rulkiewicz.
Najnowsza placówka LUX MED Stomatologia została otwarta w tym tygodniu na warszawskim Mokotowie, przy ul. Puławskiej 2, w budynku galerii Plac Unii. Pacjenci mają w niej do dyspozycji sześć profesjonalnie wyposażonych gabinetów zapewniających szeroką ofertę stomatologiczną.
– Jesteśmy przygotowani na to, żeby radzić sobie z naprawdę trudnymi przypadkami. Mamy duże doświadczenie w wykonywaniu zabiegów pełnołukowych na implantach i to w jeden dzień. Nowoczesne centrum pozwala na pracę w narkozie, mamy też wygodny pokój wybudzeń, w którym pacjenci po zabiegu mogą spokojnie i komfortowo odpoczywać. Klinika zapewnia również indywidualnego opiekuna pacjenta, który jest w stanie zaopiekować się nim na każdym etapie, pilnować jego zapisów i tego, żeby miał odpowiednie leki i był odpowiednio poinformowany – mówi Agnieszka Sicińska.
Interfejs mózg–komputer będzie testowany na ludziach jeszcze w tym roku. Technologii towarzyszą jednak wątpliwości...
Recipes
Polscy naukowcy opracowują technologię wytwarzania zielonego wodoru. Rozwiązanie ma być oparte...
Naukowcy z Politechniki Warszawskiej pracują nad stworzeniem reaktora fotokatalitycznego, który posłuży do wytwarzania ekologicznego wodoru z biomasy i energii słonecznej. Gotowe są już poszczególne elementy technologii, teraz trwają prace nad ich integracją i testami w warunkach zbliżonych do operacyjnych. Rozwiązaniem mogą być potencjalnie zainteresowane światowe koncerny energetyczne ze Stanów Zjednoczonych i Ameryki Południowej.
– Transparentna komora reaktora, nad którym pracujemy, będzie oświetlana punktowymi źródłami LED. Natomiast jeżeli chodzi o sam mechanizm działania, czyli fotokatalizę, to do reaktora w trybie ciągłym będzie zapodawany strumień biomasy. Pod pojęciem biomasy rozumiemy roztwory wodne substancji organicznych, które na skutek fotokatalizy będą nam wytrącać wodór. Natomiast w fazie ciekłej będziemy mieli do czynienia również z tzw. utlenianiem cząstkowym, które będzie prowadzić do powstawania różnych produktów chemicznych o wysokiej wartości dodanej, które będzie można z powodzeniem zastosować w przemyśle farmaceutycznym – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje Kamil Czelej z Wydziału Inżynierii Chemicznej i Procesowej Politechniki Warszawskiej, członek zarządu HIPERH2.
Projekt, w ramach którego zbudowany ma być demonstrator technologii fotokatalitycznej produkcji wodoru projektu badawczego, jest finansowany w ramach XI edycji konkursu Lider organizowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Zadaniem spółki HIPERH2 ma być natomiast podwyższenie gotowości technologicznej, zwiększenie skali i wprowadzenie dodatkowych funkcjonalności. Zespół badawczy ma już poszczególne elementy technologii i teraz będzie przechodził do ich integracji, dzięki czemu możliwe będzie rozpoczęcie testów w warunkach zbliżonych do operacyjnych. W praktyce rozwiązanie proponowane przez naukowców z Politechniki Warszawskiej może być odpowiedzią na potrzebę stworzenia technologii zielonej produkcji wodoru.
– Nasz pomysł na wytwarzanie zielonego wodoru to wprowadzenie technologii, której głównymi cechami będzie przede wszystkim bezemisyjność, zgodność z ideami zrównoważonego wytwarzania oraz możliwość wykorzystania substancji odpadowych. Przede wszystkim chcielibyśmy zadbać, żeby wszystkie składowe naszej technologii nosiły znamiona odnawialności, żeby stworzyć niejako przeciwwagę dla powszechnie używanej elektrolizy wody. Nasz pomysł to wykorzystanie surowców odnawialnych w postaci ciekłej frakcji biomasy, odnawialnej siły napędowej w postaci energii słonecznej do procesu fotokatalitycznej konwersji, której produktem będzie właśnie zielony wodór, czyli nośnik czystej energii – wyjaśnia Karol Ćwieka, prezes zarządu HIPERH2.
Podstawowym odbiorcą rozwiązania ma być sektor energetyczny, chemiczny i petrochemiczny. Twórcy chcą nim zainteresować duże spółki kapitałowe, inwestujące w strategię wodorową. Z uwagi na to, że fotoreaktor ma być zasilany energią słoneczną, jego praca będzie optymalna w najbardziej nasłonecznionych regionach geograficznych, zwłaszcza Stanach Zjednoczonych czy w Ameryce Południowej.
– Zielony wodór to bardzo atrakcyjne rozwiązanie, które się idealnie wpisuje w paradygmat tzw. ekonomii w obiegu zamkniętym czy tzw. zielonej chemii, więc przewiduje się, że w technologie wodorowe będzie się bardzo silnie inwestować. Już takie kraje jak Stany Zjednoczone, Japonia czy Niemcy zobowiązały się do wspierania technologii wodorowych, zarówno na poziomie czysto naukowym rozwoju technologii, jak i infrastruktury wodorowej. Przewiduje się, że w ciągu 10 lat rynek zielonego wodoru w zasadzie osiągnie wartość około 11 bln dol., więc zakładamy, że to przyciągnie rzeszę inwestorów, którzy będą skłonni zainwestować pieniądze w to rozwiązanie – przekonuje Kamil Czelej.
Również Unia Europejska podejmuje inicjatywy na rzecz zielonego wodoru, wynikające chociażby ze zobowiązania osiągnięcia do 2050 roku neutralności klimatycznej. W 2022 roku wodór odpowiadał za mniej niż 2 proc. zużycia energii w Europie i był wykorzystywany głównie do produkcji wyrobów chemicznych, takich jak tworzywa sztuczne i nawozy. 96 proc. wodoru zostało wyprodukowane przy użyciu gazu ziemnego, co spowodowało znaczną emisję CO2. Komisja Europejska zaproponowała wyprodukowanie 10 mln t zielonego wodoru do 2030 roku i importowanie 10 mln t do 2030 roku. KE zaproponowała ponadto utworzenie Europejskiego Banku Wodoru. Aukcja pilotażowa ma zostać uruchomiona jeszcze jesienią tego roku.




![Wbudowane usługi finansowe coraz popularniejsze w Polsce. Teraz ułatwią transakcje w branży moto [DEPESZA]](http://amart.biz.pl/wp-content/uploads/2026/02/foto-265x198.jpeg)

![Szereg luk w ustawie o krajowym cyberbezpieczeństwie. Eksperci ostrzegają, że zaszkodzi relacjom z Chinami, odstraszy inwestorów i pozwoli cenzurować internet [DEPESZA]](http://amart.biz.pl/wp-content/uploads/2021/02/img-5634-100x70.jpg)


























![Wbudowane usługi finansowe coraz popularniejsze w Polsce. Teraz ułatwią transakcje w branży moto [DEPESZA]](http://amart.biz.pl/wp-content/uploads/2026/02/foto-324x160.jpeg)




